Marcin Zawicki "The Fall"

Wystawa przygotowana we współpracy z Fundacją Zielona Marchewka

Kurator: Ewa Toniak

Obrazy z najnowszego cyklu „The Fall” zaczętego w 2011 roku, rządzą się zasadą ambiwalencji. Modele, którymi artysta posługuje się w swojej pracy, zbudowane z fragmentów cywilizacyjnych odpadków, technologicznych „wykopalisk”, jak plastikowe zabawki, drobne przedmioty codziennego użytku, obiekty bez przeznaczenia, na płótnie rozrastają się w monumentalnych rozmiarów martwe natury. Można zobaczyć w nich oświetlone niepokojącym sztucznym światłem, romantyczne krajobrazy. Nawet gdy w jakiejś piramidzie rozpłatanych dinozaurów czy monstrualnych much – skala obiektów i ich relacje względem siebie wydają się nie być ważne – wystaje plastikowa piracka ręka z szablą, obiekt z innego porządku, natychmiast zostaje wchłonięta przez otaczający ją wycinek leśnego uniwersum. Substytut natury.

Na płótnach Marcina Zawickiego świat nie zna całości ani harmonii. Wszystko do siebie nie pasuje i pasuje zarazem. Porcelanowe figurki o zdeformowanych ciałach, grzyby o śliskich, lśniących plastikowych kapeluszach, martwe żuki i lwy, ułożone na grzbiecie, prężące swoje sztywne łapy. Niezwykle efektowne wizualnie, współczesne redakcje tematu vanitas.

Praca nad obrazami cyklu zaczyna się od miniaturowego modelu, poprzez fotografię do obrazu na płótnie. O ile w poprzednim cyklu „Hollow Art” punktem wyjścia dla malarza było konkretne, rozpoznawalne wielkie dzieło z Kanonu Historii Sztuki, o tyle w „The Fall” mamy ruch odwrotny: praca artysty zaczyna się od scalania w całość tego, co rozproszone i do siebie nieprzystawalne. Możemy powiedzieć, że podobnie jak twórcy ilustrowanych dzieł anatomicznych, artysta zaczyna od końca. Zaczyna, jak oni od szkieletu, jak architekci, dla których podstawą była konstrukcja wspierająca całość.

Antykwaryczny „przechył” twórczości Zawickiego narzuca się każdemu, kto widział miniaturowej wielkości makiety, dające się rozkładać na wiele mikroskopijnych światów, tak łatwo adaptujących się w innych niż pracownia, przestrzeniach. Aby namalować kolejny obraz, artysta zamienia się w kolekcjonera. Ta nieco zużyta figura retoryczna jest w jego przypadku bardzo poręczna. W pracowni artysty z plastikowych resztek powstają najpierw miniaturowe zagajniki ze sztucznego igliwia dla miniaturowych saren i wielkich żuków, by na płótnie przejść kolejną metamorfozę w manierystyczne, połyskliwe precjoza, kosztowne muszle, w których uparte oko rozpozna stary topos et omnia vanitas .

/Ewa Toniak, kurator wystawy/