Artysta

Marszałek, Waldemar Jerzy

WALDEMAR JERZY MARSZAŁEK (ur. 16 II 1960 roku)

Urodzony 16 II 1960 r. w Dobrzycy koło Koszalina (Pomorze Środkowe). Studiował w Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku na kierunku grafiki użytkowej. Dyplom uzyskał w 1985 roku w Pracowni Grafiki prof. Jerzego Krechowicza. Od razu po studiach rozpoczął pracę na tejże uczelni. Najpierw jako asystent w Pracowni Grafiki Warsztatowej prof. nadzwyczajnego Cezarego Paszkowskiego, a obecnie jako adiunkt II st. w Pracowni Grafiki Artystycznej w Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Od 2007 roku jest kierownikiem własnej pracowni podstaw grafiki artystycznej dla studentów I roku. Obecnie jest również wykładowcą na studiach niestacjonarnych I stopnia w zakresie projektowania graficznego w tejże Akademii. I stopień kwalifikacji uzyskał w 1994 roku. Zajmuje się litografią, malarstwem, rysunkiem i grafiką artystyczną. Od 2004 roku rozpoczął pracę nad cyklem prac w technice cyfrowej. Mieszka i pracuje w Gdańsku.

Prace Waldemara Jerzego Marszałka znajdują się m.in. w Muzeum Narodowym w Gdańsku, Krakowie i Warszawie oraz w zbiorach prywatnych.

Waldemar Jerzy Marszałek

Inni o atyście:

WYSTAWY:

Wystawy indywidualne:

  • 1987 rok – Grafika i malarstwo, BWA w Koszalinie
  • 1988 rok – Grafika, BWA w Lesznie
  • 1989 rok – Grafika, BWA w Gdyni
  • 1994 rok – Malarstwo, Galeria Diorama w Gdańsku
  • 1995 rok – Malarstwo, Art-Galerie w Herford (Niemcy)
  • 1996 rok – Malarstwo, Galeria Katarzyny Napiórkowskiej w Warszawie
  • 1998 rok – Malarstwo, Galeria Anny Kareńskiej w Poznaniu
  • 1998 rok – Malarstwo, Galeria Triada w Sopocie
  • 1999/2000 rok – Malarstwo, Galeria Triada w Gdańsku
  • 2000 rok – Malarstwo, rysunek, Galeria Na Odwachu we Wrocławiu
  • 2000 rok – Malarstwo, rysunek, Zimmergalerie w Iserlohn (Niemcy)
  • 2001 rok – Malarstwo, rysunek, Weibull’s Kunstgalleri w Dani
  • 2002 rok – Malarstwo, Galeria Triada w Gdańsku
  • 2003 rok – Malarstwo, ASP w Gdańsku (wystawa związana z obroną przewodu kwalifikacyjnego II stopnia)
  • 2003/2004 rok – Rysunek, Galeria Nowa Oficyna w Gdańsku
  • 2004 rok – Malarstwo, Galeria Triada w Sopocie
  • 2004/2005 rok – Malarstwo, rysunek, Galeria Schulok, Niemcy
  • 2005 rok – Malarstwo, rysunek, Galeria Triada w Sopocie (wystawa z okazji dwudziestolecie pracy twórczej)
  • 2005 rok – Malarstwo, Galeria Triada w Gdańsku (wystawa towarzysząca imprezie Feta )
  • październik 2006 rok – Wystawa retrospektywna, BWA w Olsztynie
  • 30 maja – 14 czerwca 2008 rok – Wiosna 2008, Galeria Triada w Gdańsku
  • 2009 rok – MCK w Koszalinie
  • 13 październik – 21 listopad 2010 rok – 25.50 , Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie
  • 26 września – 10 października 2014 roku – Malarstwo , Galeria Triada, Gdańsk

Udział w wystawach zbiorowych w kraju:

  • 1988 rok – Grafika Barwna, Gdańsk, Koszalin
  • 1992 rok – Triennale Grafiki Krajów Nadbałtyckich, Gdańsk
  • 1994 rok – Triennale Grafiki Polskiej, Katowice
  • 1996 rok – Dekonstrukcjoniści Gdańscy, BWA w Bydgoszczy
  • 1996 rok – Grafika Polska, Łódź
  • 1997 rok – Międzynarodowe Triennale Grafiki, Kraków
  • 1997 rok – Triennale Grafiki Polskiej, Katowice
  • 1997/1998 rok – 100 Miast- cykl wystaw pod patronatem MTG Kraków, Polska, Niemcy, Francja
  • 1998 rok – Dekonstrukcjoniści Gdańscy, Galeria Dyptyk w Toruniu
  • 1998 rok – Pokonkursowa wystawa im. Daniela Chodowieckiego, Sopot
  • 2004 rok – Targi Sztuki, Poznań
  • 2004/2005 rok – Bliźniemu swemu – Ogólnopolska wystawa malarstwa, grafiki i rzeźby wspierająca Fundację Brata Alberta,
  • 2005 rok – Sopot w Warszawie, Fabryka Trzciny w Warszawie
  • 2006 rok – Gdańsk w Poznaniu, Stara Słodownia w Poznaniu
  • 2006 rok – Grafika, Wystawa Wydziału Grafiki w siedzibie ASP w Gdańsku
  • 2007 rok – Biennale Miniatury Cyfrowej, Płocka Galeria Sztuki
  • 2008 rok – Międzynarodowe Biennale Grafiki Cyfrowej, Gdynia (II nagroda)
  • 2008 rok – Grafika , Pałac Kultury w Warszawie
  • 2008 rok – Grafika Polska – Sztuka i Edukacja , w ramach MTG w Krakowie, Pałac Przyjaciół Sztuk Pięknych
  • 2009 rok – 7 Triennale Grafiki Polskiej, Katowice
  • 2009 rok – Mini Digital , Galeria Krypta Pijarów, pokłosie wystawy laureatów i uczestników I Biennale Miniatury Cyfrowej , Płock
  • 2009 rok – udział w wystawie na zaproszenie ZPAP w Koszalinie
  • 2009 rok – Grafika, czy już fotografia? – impreza towarzysząca MTG w Krakowie
  • 2009 rok – Pierwsza Wystawa Grafiki, Fundacja Wspólnota Gdańska, Obywatelskie Centrum Sztuki i Kultury – „Elbląska 66”, Gdańsk
  • 2009 rok – XIX Impresje Mikołowskie, Galeria MDK, Mikołowo
  • 2009 rok – Malarstwo jest OKEY – Metropolia jest OKEY, Opera Bałtycka w Gdańsku, organizator Nadbałtyckie Centrum Kultury
  • 2009 rok – 7 Triennale Grafiki Polskiej, Katowice

Udział w wystawach zbiorowych za granicą:

  • 1991 rok – Sąsiedzi – wystawa grafiki (Niemcy)
  • 1992 rok – Międzynarodowe Triennale Grafiki (Holandia)
  • 1993 rok – Semaine Polonaise (Francja)
  • 1994 rok – Gdańska Szkoła Metafory, Berlin (Niemcy)
  • 1994 rok – Grafika, Clermont-Ferand (Francja)
  • 1995 rok – Piasek i Kamień – II Triennale Krajów Nadbałtyckich, Hanower (Niemcy)
  • 1995 rok – Grafika, Kanagawa (Japonia)
  • 1995 rok – Malarstwo i grafika, Lubeka (Niemcy)
  • 1997 rok – The 19 International Independante Exhibition of Print , Kanaganawa (Japonia)
  • 1997 rok – International Print Biennal , Varna (Bułgaria)
  • 1998 rok – Kunst aus Polen, Bad Kissingen (Niemcy)
  • 1999 rok – Mostro Rio Gravura , Muzeum Sztuki Współczesnej w Rio de Janerio (Brazylia)
  • 1999 rok – Grafika, Kanagawa (Japonia)
  • 2000 rok – Międzynarodowa wystawa przy festiwalu muzyki klasycznej, Bad Kissingen (Niemcy)
  • 2004 rok – Malarstwo, Helsinki (Finlandia)
  • 2005 rok – Sopot i Gdańsk w Helsinkach , Helsinki (Finlandia)
  • 2006 rok – Malarstwo, DHI Instytut, Horhlom (Dania)
  • 2007 rok – Malarstwo, Aagaard Galerie, Berlin (Niemcy)
  • 2007 rok – Malarstwo , Galeria 1313 (Kanada)
  • 2008 rok – Artpolonika, organizator PolishedArts (Kanada)
  • 2008 rok – Kochi 7th – Międzynarodowe Triennale Grafiki (Japonia)
  • 2010 rok – Grafika, Galeria (Chiny)

WALDEMAR JERZY MARSZAŁEK:

„Dwudziestopięciolecie, pięćdziesięciolecie”

Minuty, godziny, dni, tygodnie, lata, których tempo równo odmierza zegar i kalendarz, co rzadko pokrywają się z naszymi odczuciami. W młodości czas był leniwy: godziny trwały wieki, dni epoki, a lata – szkoda gadać. Młodości, prawie zawsze towarzyszyła niecierpliwość: to co dobre, pożądane i pełne smakowitych, a zakazanych owoców, było za wysokim płotem odległej przyszłości.

Kiedy ma się pół wieku, powiedzenie: „Jak z bicza strzelił” staje się denerwująco prawdziwe. Czas przyspieszył do prędkości światła i zaczął się niepokojąco kurczyć. Rutyna staje się groźna, a siły słabną. Na szczęście zakazany, może teraz raczej grzeszny owoc nie spowszedniał i nadal wyśmienicie smakuje.

Czy moja pięćdziesiątka i dwudziestopięciolecie lat pracy jest czymś szczególnym i stanowi powód do specjalnej celebracji? Czy jest to graniczna kreska oddzielającą coś od czegoś, na której powinienem postawić jakiś symboliczny obelisk lub totem? Moment, w którym należy tworzyć nowy rozdział, kreślić nową linię startu? Nie wiem. Również nie wiem, czy się radować, pogrążać w refleksjach, rozmyślaniach, czy po prostu przejść do porządku dziennego? Specjalnie się nad tym nie zastanawiałem. Jedyne, co wiem i zapewne tu się nie mylę: do mety jest bliżej niż dalej. Dla mnie piątki, dziesiątki lat są raczej wymuszonym pomnikiem, którego teraz nie mam zamiaru polerować dla lepszego wyglądu czy samopoczucia. Każda chwila jest dobra do zmian, postanowień, podsumowań, fetowania i Bóg wie najlepiej czego jeszcze.

Jednak upływ czasu stwarza dystans, oddala horyzont tego, co było. Przestrzeń ta wystudziła dawne emocje, pozwalając, jeśli jest taka potrzeba, na bardziej obiektywną ocenę. Wrócić pamięcią na chwilę dla kilku refleksji, ocen, podsumowań – choćby po to, by zapytać, czy warto było?...

Wiele przepowiedni się nie sprawdziło, coś, co miało być nieprawdopodobne – stało się, to co starannie planowane, nie do końca wyszło.

W moim życiu artystycznym i w tym po prostu życiu, tak zapewne jak u większości ludzi, zachodziły zmiany, gwałtowne, niekiedy zaskakujące nawet dla mnie, choćby niby tak dobrze samych siebie znamy…

W szkole podstawowej moim mistrzem był Jan Matejko. Przyczyniła się do tego, być może, książka, jedyna, jaką w tym czasie posiadałem o sztuce, a była ona poświęcona temu właśnie artyście. Pierwszy bezpośredni kontakt z jego twórczością wywołał na mnie ogromne wrażenie, które być może dało pierwszy impuls i nadało kształt mojej przyszłej malarskiej robocie. Magia jego malarstwa, która teraz może trochę przygasła, nadal czaruje i podświadomie inspiruje. Pewnie powinienem mieć rumieńce wstydu, kiedy o tym piszę, bo tyle awangardowych „wariactw” we współczesnej sztuce się dzieje, a ja tu z emerytowanym historią Janem Matejką wyjeżdżam. Podziw dla Matejki obecnie budzić może zdziwienie i dezaprobatę, ale podświadomie zawsze wydawało mi się, że jego sztuka i on sam jest autentyczny, taki polski i pozbawiony kompleksów wobec sztuki innych, „większych”, tych spychających nas, Polaków, do roli prowincji. Dla mnie liczy się przede wszystkim wrażenie, to dziecięce, a nie te naukowe, profesjonalne krytyczne analizy.

To pochwała nauczycielki za walory mojego rysunku, w szkole podstawowej była pierwszą iskrą, świadomością, że chcę to robić: malować i rysować. Kontynuowałem swoją pasję już bez nauczycielskiej opieki, ograniczając się przede wszystkim do doścignięcia wielkich mistrzów w biegłości rysowania i malowania. Oczywiście kopiowałem ich dzieła, bo ich robota wówczas przygniatała moją wyobraźnię. Naśladownictwo i ślepa pogoń za osiągnięciem perfekcji malarskiego warsztatu była moim priorytetem, a zeszła na tor boczny dopiero z chwilą rozpoczęcia edukacji w liceum plastycznym w Koszalinie. Nie miałem nauczycieli, którzy w jakiś szczególny sposób wpłynęliby na moją twórczość. Poza jednym wyjątkiem, który przewrócił do góry nogami moje malarskie postanowienia. Rewolucja zaczęła się od dwói z przedmiotu, za którym nie przepadałem. Było to liternictwo z elementami grafiki użytkowej. O dziwo, znienawidzony przedmiot stał się ulubionym, a nawet „ukochanym”. Zdradziłem malarstwo dla nowej, bardziej atrakcyjnej dziedziny – grafiki użytkowej. Postanowiłem zostać projektantem, co zaowocowało kontynuacją nauki w tej dyscyplinie w Gdańskiej Akademii. Dyplom z zakresu grafiki projektowej miał być moją przepustką do kariery w zawodzie. Lecz pewnie praca asystenta, jaką rozpocząłem w Akademii w Pracowni Linorytu i Litografii była na tyle pasjonująca, że grafika, ta projektowa, powoli schodziła na plan dalszy na rzecz grafiki artystycznej. Znowu byłem niewierny. Zauroczyła mnie litografia, która kokietowała i pochłaniała mnie bez reszty. To ona stała się bezpośrednią przyczyną mojej kolejnej zdrady. Rzuciłem piękną litografię dla uroku malarstwa, a później dla romansu z rysunkiem.

Moja wędrówka w obszarach różnych dyscyplin: projektowania, malarstwa, rysunku, litografii, a w końcu cyfry, jest potrzebą zmian wynikającą z wyczerpania się receptur w danej technologii. Zgłębianie sposobu wyrażania jest dla mnie ważne i kiedy ten sposób zaczyna być bieganiem wokół własnego ogona, to odczuwam potrzebę zmiany. I tak się dzieje od dwudziestu pięciu lat. Również moja wędrówka po proacowniach uczelni: ta dydaktyczna i ta pedagogiczna ma wpływ na moją twórczość. „Przymuszony” niejako do zmian uczelnianych pracowni i w poczuciu odpowiedzialności za jakość kształcenia studentów zdobywałem coraz to nowe doświadczenia. Czasami misja „wymuszonej” pracy stawała się żywiołem, który jak narkotyk uzależniał. Zdobyte dzięki pracownianym podróżom doświadczenia stało się zaskakująco i nieprzewidywalnie przydatne w mojej twórczej pracy i roli nauczyciela akademickiego.

Teraz zadaję sobie pytanie: czy moja wędrówka się skończyła, czy dotarłem do krainy szczęśliwości i wymarzonego raju, w którym siedzę w wygodnym, bujanym fotelu i ciepłych kapciach? Patrzę na odległy horyzont, z którego wyłania się nić mojego żywota. Odliczam na niej supły, które wiązałam, bo niekiedy się poplątała i trzeba było ją rwać.

Jeszcze nie czas na wielkie refleksje. Co będzie dalej? Nie wiem. Chcę snuć nowe wątki w poszukiwaniu nieokreślonego ideału, który ciągle umyka – i dobrze. Lecz teraz tej podróży nie towarzyszy sprecyzowany plan. Pragnę większej spontaniczności. Taki stan był kiedyś nie do pomyślenia, a teraz coraz bardziej go cenię i żałuję, że wcześniej tego nie czułem i nie rozumiałem. Czas planowania, przewidywania czegokolwiek przestaje być tak ważny i pierwszoplanowy. Po prostu – idę dalej.

Źródło: Waldemar J. Marszałek. 25.50. [13 października – 21 listopada 2010, Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie]. Projekt katalogu J. Zdybel. Sopot: Państwowa Galeria Sztuki, 2010. ISBN 978-83-61270-16-4. s. 9-11.

JAN WOŁEK:

Najprościej byłoby przeczytać wszystkie mądre recenzje dotyczące Waldka twórczości, albo przepytać go, o co mu właściwie chodzi. Rzecz w tym, że malarstwo przestawiające tłumaczy się samym przez się (na jego szczęście) bez konieczności podpierania krytyką (już „podpierać krytyką” brzmi jak „głaskać siekierą”). Krytyką która, co tu dużo mówić, jest prostym heterotrofem. Zatem nie będę czytał, a spotkania z artystą traktuję zbyt serio, by miał mi się spowiadać z tego, co robi.

Żeby nie było wątpliwości. To, co robi Waldek ogromnie szanuję i obcowanie z jego robotą mnie zaszczyca. Szczęśliwie nie jest do tego potrzebna żadna wiedza. To nie jest żadna „interwencyjna satyra”. Do tego typu malarstwa podchodzi się z nabożeństwem, po cichu i w pojedynkę. Jak do konfesjonału. Bo to jest Waldka spowiedź. To jest jego opowieść o tym, jak widzi bliźnich, tym samym więc jego opowieść o sobie samym. Bez słów, które wobec Waldkowego malarstwa stają się banalnie plastikowe. Przyglądam się tym bizantyjskim postaciom, jakby oglądał wymarły gatunek, którego jedynym żywym przedstawicielem jest Waldek. Spełniający obowiązek wobec swoich bohaterów. Smutnych, cichych i szlachetnych. Pokornych i pełnych tajemnicy. Właśnie ta tajemnica jest wielką siłą jego obrazów. Tajemnica, z którą się chce obcować, ale nie wolno jej obudzić niestosownymi pytaniami. Trzeba jej pozwolić trwać w przepastnym horyzoncie niedomówienia, własnej interpretacji. Trzeba ją przeżywać, ale nie wyjaśniać. Trzeba z nią współistnieć, ale nie zdradzać. Stać się jej częścią. Jeszcze jednym żyjącym reliktem z tego gatunku o głębokich oczach, pełnych wargach, długich palcach, uchwyconych w trwaniu tak bardzo nieprzystającym do świata, w którym się miotamy. Dlatego nie pytam Waldka, o co mu właściwie chodzi.

Może jest tak, że w tej finezyjnej i harmonijnej rzeczywistości, którą tworzy, jest riposta na wszystko na co się artysta nie godzi. Na co nie godzą się niektórzy z nas. Na pośpiech, powierzchowność, nadmiar, brutalność, histerię, szpetotę, głupotę. Ja tego nie wiem. Domyślam się. Domyślam się, przebywając z Marszałkiem. I wynika mi (z ustaleń światopoglądowych), że może tak być. Że postrzegając ułomność tego, co na zewnątrz, tworzy on te byty konkurencyjne. Odtrutkę na banał. I przebywając z Waldkowymi obrazami i z nim samym, czuję to, co wyjątkowe i ważne. Tożsamość. I nie mogę oprzeć się myśli, że to, co on maluje przez lata, to jeden, nieustający autoportret osadzony w świecie takim, jaki ma być, a nie w tym, który jest.

Źródło: Waldemar J. Marszałek. 25.50. [13 października – 21 listopada 2010, Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie]. Projekt katalogu J. Zdybel. Sopot: Państwowa Galeria Sztuki, 2010. ISBN 978-83-61270-16-4. s. 5.

DARIUSZ MILIŃSKI:

Długo błądziłem dojeżdżając do Mikołowa, mimo tego, że kilka lat temu tam byłem. Wszystkie znane mi miejsca jakby na mapie przezroczystej ktoś przesunął i wszystko lądowało nie tam gdzie się spodziewałem. Drogi zaczęły się jawić jak rozłożone wstążki raz organiczne, a niekiedy pastelowe jak wyplecione z włosów (Alicji).

Próbowałem iść tym tropem i jakbym nagle zmalawszy, wszedł do mysiej dziury za prowadzącym mnie gryzoniem albo toczącym się srebrnikiem.

Znalazłem się w ciasnej recepcji. Elegancki portier przedstawił się. Czapkę ozdobną wcisnął głębiej na czoło i wymamrotał, że po dwudziestej pierwszej nie otwiera.

Potem powiał wietrzyk i uwolnił z dziurawej kieszeni drobne – starczyło na winko.

Jak kulturalny więzienny powiedziałem: dzień dobry i jakoś poszło, ale nie więcej jak o krok.

Wyalienowana postać Waldemara wygodnie opartego o świetlicowe krzesło zwróciła moją uwagę najbardziej – może dlatego, że zupełnie się nie zainteresował mną, dochodzącym do stada. Potem dowiedziałem się, że Marszałka błąkające się wstęgi raz uroczyste, a niekiedy bandażowo-asekuracyjne nie po to są, aby kogokolwiek naprowadzić na niego, lecz by – na odwrót – on sam nie zabłądził.

Marszałek bardzo wędrownym latawcem – skrzydłem niekoniecznie w przestrzeni – czeka na resztę u Cyganki wróżącej mu z ręki śniadej i spracowanej.

Waldemar dużo maluje, ale czas charta zdyszanego ma już za sobą. On chce jak groszek ludzką formę przybrawszy – szybować, pnąc się do góry, flirtować (wszystko to bardzo teatralnie) przypięty bandażem do kijów – listew, wychylając się jak pnącza. Panna zalotnie puszczająca warkocz, by następny pęd wspiął się i owinął ją bardzo erotycznie, a może to sprawa techniki rozkrzaczania w zmysłowym ogrodzie.

Gęsi wychudłe, wędrowne – jak wątli komornicy – szybują z krzesłami do tyłków przypiętymi, ufotelone – że nie na drucie czy gałęzi, lecz po pańsku (biurowemu) – na krzesełku.

A ptaki u Marszałka nie zniewolone, ale oswojone, żyjące w symbiozie z człowiekiem. Dmuchawce dojrzałego mlecza wróżą kochanka stałego, minsią sukmaną okryte – wydmuchują własną przyszłość – jak andrzejkowe wróżby na prywatce w ciasnej zatłoczonej sali. A właściwie w słoju z pięknie ceglanym roztworem wywróżają się w pary. Równowaga popisu zgrabnego serfowania poborców podatkowych, czy tak po prostu – kto wytrzyma najdłużej na wymyślonym polu. Może na czerwonej strzałce – wszystko i tak sprowadza się do konkursu – w nagrodę tabletka przeciwbólowa albo LSD.

Oni trzymają się kurczowo sterów, a skrzydła ledwo wznoszą skrzynie mobilne z napędem na tchnienie, klatki zamoczone w fioletowo-waniliowym sosie i tupiące bose stopy, twarze wydłużone z wyraźnymi oczami – tak, by ich nikt nie zlekceważył.

Sprzedawca balonów wyrzeźbionych starannie z wysuszonego dębu unosi je nadmiernym entuzjazmem – nie przebijesz ich tak łatwo, a dziecko w styropianowej masce nie rozbeczy się na ich widok.

Zdemaskowałem Marszałka! – To nie ptaki uwikłane są istotne, ale ludzie trzymający mewy gotowe do lotu, i sami z torebkami wypełnionymi modlitwami gotowi odlecieć.

Procesja rozplątywania ptaków, misterium rozplątywania ludzi… Łatwiej ludziom mówić o ptakach wstęgą zatrzymanych niż o własnym uwikłaniu.

Walka postu z karnawałem. Trzy kroczące zakonnice przestrzelone fałszywą wstęgą paradują jak młode wiejskie panny. By zwrócić na siebie uwagę bez kina i teatru chłopcy zgrabni na dwukółce popisy uskuteczniają odrobinę zaplątani, trochę o siebie zazdrośni – przymierzający się do lotu choćby kilka metrów, tak erotycznie nad ziemią…

Ikary, grzeczne urszulanki nadmuchane jak pierzyny, zsuwają się z pagórków, klekocąc nienaoliwionym kołem, przez zamknięte pełne usta mlaszczą Norwida, Leśmiana i Gąbrowicza…

Niech na pysk tak sobie lecą, skoro autor obrośnięty gniazdo-hubą (na ewentualność zniesienia jaj na swoim ramieniu)…

I niby dlaczego Waldemara Marszałka na niepospolitość wystawić, wysłać na bój o mnogość zaskakujących scen czy cyklów – zostawić z jedną rozpoczętą myślą i przed samym sobą niech zapłacze wiarygodnie, albo rozśmieszy tych, którzy nie kupili biletów do cyrku.

Czy za wstęgę barwną – drogowskazem – na pola Marszałka wstąpisz – tylko ty zdecydujesz…

Albo znajdź na śmietniku szpulę po zużytej nici i zwijaj ślady rozścielone, a kiedy w swojej samotności na gałęzi w parku poczujesz się opuszczony – to sobie rozwiń, poliż, owiń się, by nie spaść – i może wtedy poczujesz bardziej poetykę obrazów Marszałka.

Źródło: Waldemar J. Marszałek. 25.50. [13 października – 21 listopada 2010, Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie]. Projekt katalogu J. Zdybel. Sopot: Państwowa Galeria Sztuki, 2010. ISBN 978-83-61270-16-4. s. 7-8.

Dzieła