Artysta

Gwiazda, Anna

ANNA GWIAZDA (ur. 3 XI 1949 roku)

Urodzona 3 XI 1949 roku w Gdańsku. W 1973 roku uzyskała dyplom na Wydziale Architektury na Politechnice Gdańskiej. W 1978 roku ukończyła studia malarskie w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku w pracowni prof. Maksymiliana Kasprowicza. Jest członkiem Komisji Nauki, Edukacji, Kultury i Sportu oraz członkiem Komisji Strategii Rozwoju i Polityki Przestrzennej Sejmiku Województwa Pomorskiego. Siostra znanego działacza pierwszej „Solidarności” – Andrzeja Gwiazdy. Jest radną z ramienia Prawa i Sprawiedliwości. Zajmuje się architekturą, malarstwem, rysunkiem i grafiką.

Prace Anny Gwiazdy znajdują się m.in. w Bibliotece Narodowej w Warszawie oraz w zbiorach prywatnych w kraju i za granicą.

WYSTAWY:

Wystawy indywidualne:

  • 1978 rok – Malarstwo, rysunek, grafika , SARP Wybrzeże w Gdańsku
  • 1978 rok – Malarstwo i rysunek, EMPiK w Sopocie
  • 1979 rok – Malarstwo , EMPiK w Gdańsku
  • 1980 rok – Rysunek, DESA w Sopocie
  • 1985 rok – Rysunek i grafika , BWA w Gdyni
  • 1986 rok – Rysunek, grafika i malarstwo, BWA w Łodzi
  • 1988 rok – Rysunek i grafika , DESA w Warszawie
  • 1988 rok – Grafika, Galeria Jatki we Wrocławiu
  • 1996 rok – Grafika i rysunek, Galeria Diorama w Gdańsku
  • 1 kwiecień – 3 maj 2009 rok – Rysunek, Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie

Udział w wystawach zbiorowych w kraju:

  • 1978 rok – Konkurs na grafikę roku , GTPS w Gdańsku (wyróżnienie)
  • 1978 rok – Wystawa poplenerowa , GTPS w Gdańsku
  • 1979 rok – Konkurs na grafikę roku , GTPS w Gdańsku
  • 1979 rok – Wieżyca ’79 – wystawa poplenerowa , Wieżyca
  • 1979 rok – Hel ’79 – wystawa poplenerowa , Hel
  • 1980 rok – Teka Gdańskiej Oficyny Graficznej – Grudzień ‘70
  • 1980 rok – Wystawa Młodych – malarstwo, rysunek, Gdynia (I nagroda)
  • 1980 rok – Konkurs na rysunek roku, GTPS w Gdańsku (I nagroda, wyróżnienie)
  • 1980 rok – Biennale Małej Formy Graficznej , Łódź
  • 1980 rok – Konkurs na grafikę półrocza (wyróżnienie)
  • 1981 rok – Teka Gdańskiej Oficyny Graficznej , Gdańsk
  • 1981 rok – Konkurs na rysunek i grafikę roku, Bydgoszcz (II i III nagroda)
  • 1981 rok – Konkurs na rysunek roku, GTPS w Gdańsku (I nagroda)
  • 1981 rok – Polsko-fiński konkurs na grafikę marynistyczną , NCK w Gdańsku
  • 1981 rok – Międzynarodowe Triennale Rysunku, Wrocław
  • 1982-1985 rok – udział w wystawach w kościołach Warszawy, Gdańska, Wrocławia
  • 1985 rok – Biennale Sopockie, BWA w Sopocie (I nagroda w kategorii rysunek)
  • 1986 rok – Poplenerowa wystawa malarstwa, Białystok
  • 1987 rok – Międzynarodowe Triennale Rysunku, Wrocław
  • 1988 rok – Konkurs na grafikę, Suwałki (III nagroda)
  • 1999 rok – Triennale Polskiego Rysunku Współczesnego, Lubaczów

Udział w wystawach zbiorowych za granicą:

  • 1981 rok – Międzynarodowe Triennale Rysunku , Cleveland (Wielka Brytania)
  • 1981 rok – Międzynarodowa wystawa małej formy graficznej, Barcelona (Hiszpania)
  • 1981 rok – Wystawa artystów gdańskich, Heidelberg, Brema (Niemcy)
  • 1985 rok – Biennale Balticum , Rauma (Finlandia)
  • 1991 rok – Międzynarodowa Wystawa rysunku im. Chodowieckiego, Berlin (Niemcy)
  • 1993 rok – Międzynarodowa Wystawa rysunku im. Chodowieckiego, Berlin (Niemcy)

NAGRODY I WYRÓŻNIENIA:

  • 1978 rok – Wyróżnienie w Konkursie na grafikę roku , GTPS w Gdańsku
  • 1980 rok – I nagroda i wyróżnienie w Konkursie na rysunek roku, GTPS w Gdańsku
  • 1980 rok – Wyróżnienie w Konkursie na grafikę półrocza
  • 1980 rok – I nagroda na Wystawie Młodych – malarstwo, rysunek, Gdynia
  • 1981 rok – II i III nagroda w Konkursie na rysunek i grafikę roku, Bydgoszcz
  • 1981 rok – I nagroda w Konkursie na rysunek roku, GTPS w Gdańsku
  • 1985 rok – I nagroda w kategorii rysunek na Biennalach Sopockich, BWA w Sopocie
  • 1988 rok – III nagroda w Konkursie na grafikę, Suwałki

JAROSŁAW KUREK (Z Anną Gwiazdą rozmawia Jarosław Kurek):

Pytanie pierwsze, próba pierwsza. Dlaczego rysujesz? Malarstwa naoglądałam się już w dzieciństwie. Odkąd pamiętam, to, co namalowane czy też narysowane, zawsze wywierało na mnie daleko większe wrażenie niż to wszystko, co otaczało mnie w rzeczywistości. Widok krwi na obrazie albo na ekranie kinowym uderza daleko silniej niż w naturze. W dzieciństwie oglądałam albumy z reprodukcjami – sama się nimi straszyłam. Na przykład wstrząsającym obrazem Repina Iwan Groźny zabija swojego syna. Z przerażeniem otwierałam album na tej reprodukcji i szybko zatrzaskiwałam… potem dostawałam gorączki…
A zaczęłam „rysować”, gdy tylko byłam w stanie utrzymać w łapsku ołówek… Pierwsze doświadczenia, jakie pamiętam, to walenie młotkiem w kartkę, pod którą podłożona była kalka maszynowa – na kartce pod spodem odbijał się granatowy kwadracik. Były tzw. chemiczne ołówki, które można było śliną rozmazać! Fascynujące! Miałam z półtora roku…

Lubisz pracować nad obrazem, grafiką, rysunkiem? Jestem leniwa. Może to dobrze – tylko leniwi mają czas na refleksję, więc to oni pchają ten świat do przodu! (śmiech)
Mój znajomy, malarz i grafik Łukasz Rogiński powiedział o moich rysunkach, że to są „dupogodziny”. Bo nie ma rady – ile by się człowiek nie naobijał o ściany, nie namyślał i nie naodwlekał, zawsze kończy się tym samym: trzeba usiąść na dupie i rysować, malować – czasem i kilkadziesiąt godzin bez przerwy… Nakładać kolejne warstwy pędzlem czy ołówkiem. Bawić się formą, warsztatem, kolorem. Bo to fascynująca zabawa: nawet gdy wydaje ci się, że masz dokładne wyobrażenie tego, co chcesz uzyskać, zawsze się jakoś z tym zamierzeniem rozminiesz. Intuicja ma tu wyjątkowe pole do popisu i sprawia niespodzianki. Pracując, przybliżasz się do tajemnicy, która nigdy się nie odsłania i nigdy nie wiesz, czy decyzje, jakie podejmujesz bez przerwy w tej pracy, byłyby takie same, gdyby podejmowane były w innym czasie. Lub miejscu. Lub stanie emocjonalnym.

O jakiej tajemnicy mówisz? Jak powstaje rysunek czy obraz? To pomysł, proces? Oj… tajemnicą jest przede wszystkim sam proces twórczy. Jego skutki są nie do przewidzenia! Dlatego gdy słyszę, że ktoś używa określenia „projekt” w odniesieniu do malarstwa, trafia mnie szlag! To określenie z innego porządku rzeczywistości. W architekturze też pierwsza jest WIZJA. PROJEKT POWSTAJE PÓŹNIEJ. Gdy nie ma wizji, jest to najwyżej budownictwo. W pracy malarza czy grafika proces tworzenia jest ciągły, nie dzieli się na etapy – chcąc osiągnąć rezultat zbliżony do wizji, też konkretyzuje się formę, wymyśla fakturę itd., lecz to proces powolnego odsłaniania tajemnicy właśnie. Nie ma etapu rozwiązywania łamigłówki, jak w architekturze: gdzie upchnąć kibel, co zrobić, bo na ślepej z założenia ścianie musi być jednak okno?
Jak powstaje rysunek? Bardzo różnie. Właściwie mogłabym odpowiedzieć, że to zmaganie się z pomysłem, z procesem. Czasem tworzę luźne szkice – i nagle z nich wyłania się klarowna koncepcja; a najczęściej dotąd łażę i się kitwaszę, aż mam we łbie w miarę dokładną wizję tworu… Zdarza się, że podczas pracy próbuję z jakichś powodów odejść od koncepcji pierwotnej… Nie udaje się. Zawsze do niej wracam.
Wszystko to, w moim przypadku, dąży do osiągnięcia pewnego nastroju, temu jest podporządkowane.
Mówię: dąży. Nie przypominam sobie, by udało mi się kiedyś osiągnąć dokładnie taki efekt jaki zamierzałam… I to jest głównym motorem pracy – to, że kolejny obraz czy rysunek nie osiągają zamierzonego celu, że każdy następny jest znów tylko przybliżeniem.

Nazywasz tworzenie zmaganiem. Z czym właściwie? Z czymś zewnętrznym, czy z czymś wewnątrz Ciebie? Kiedyś, w czasie nocno-pijackich gaworzeń z Rysiem Stryjcem, Rysiu, patrząc na mnie podejrzliwie spod oka, stwierdził: „Ty mi podpadasz – ty w tym, co robisz, dążysz do nieskończoności!”. Ryknęłam śmiechem, odpowiadając: „A ty to nie? Przecież gdyby nie to, nasza robota nie miałaby sensu!”. I myślę, że wtedy naprawdę się zaprzyjaźniliśmy. Ja wiem, że to brzmi patetycznie i śmiesznie, ale tak to jest. Twórczość, każda twórczość, to proces poznawczy. Jeśli notujemy naturę „jak żywą”, odkrywamy nową rzeczywistość, której w tzw. normalnym życiu nie dostrzegamy. Tworząc bezpośrednio z natury, wnikamy pod powierzchnię rzeczywistości, drążymy, ujawniamy skrawek jej wewnętrznej struktury. I dalej – tajemnicy świata. Nas samych przy okazji też. Tworząc z tzw. wyobraźni, posuwamy się jeszcze dalej: próbujemy światu wyrwać jego metafizyczną tajemnicę. Rzecz jasna, to się nie udaje – na szczęście! – ale próby transcendencji, przekroczenia własnej mizernej kondycji nadają pracy twórczej jej sens. Więc widzisz: rysując z maniacką precyzją uśmiechnięte zwierzątka, dążę do nieskończoności. Śmieszne, nie? A tak naprawdę świetnie się bawię, wymyślając różne głupoty.

No właśnie – powtarzasz, że rysując świetnie się bawisz… ale gdy patrzę na tę maniacką precyzję rysunku, kilkadziesiąt nieraz nakładanych warstw ołówka, różnorodność faktur, to ta wręcz benedyktyńska praca trochę przeraża… Po pierwsze: nie hołduję tak obecnie modnemu etosowi ułatwiania; powiem więcej – lubię mnożyć trudności, stawiając sobie kolejne poprzeczki. I, jeśli nie używam w ogóle gumki ani linijki przy rysowaniu, w co nikt oczywiście nie wierzy, to właśnie to mnie bawi – muszę wykombinować jak narysować białe błyski na czerni, nie używając gumy… rozwiązania proste i trywialne po prostu mnie nudzą. A narysowanie kłębów różnych paskudztw, tak, by się czuło chrzęst chitynowych pancerzyków, to też jakieś wyzwanie! Każdy rysunek to osobny malarski problem, nowa trudność, której pokonanie sobie zakładam… Przecież inaczej bym się zanudziła! „Chodzi” za mną np. wizja „mego” czarnego obelisku z czarnego, przezroczystego szkła, z ostrym załamaniem światła na krawędzi… Czy kiedyś go narysuję? – Jeden z moich kolegów malarzy zapytał: „czemu zamiast mozolnie pracować nad uzyskaniem aksamitnej czerni, nie wkleisz kawałka czarnego weluru?” a to proste: to nie są kolaże, to są rysunki OŁÓWKIEM – gdybym chciała by fragment wyglądał jak kawałek wklejonego weluru, narysowałabym go, by tak wyglądał. Więc masz częściową odpowiedź na pytanie czy lubię rysować i po co rysuję – to naprawdę wspaniała zabawa i wielka frajda.

Twoje rysunki są sensualne, pełne form organicznych, wśród których biją w oczy obce elementy – czarne obeliski, przywodzące na myśl… Odyseję kosmiczną… O, o! Gratuluję przenikliwości! Nigdy nikomu nie mówiłam o niezdrowej fascynacji tym filmem… nie przypuszczałam, że moje rysunki są tak komunikatywne! No tak, ten film widziałam wiele razy, a pojawiający się w nim czarny obelisk obsesyjnie do mnie powraca. Jest ciałem obcym, symbolizuję tajemnicę świata. Ma budzić metafizyczną grozę, niepokój, dreszcz. Jest czymś w rodzaju demiurga – może więcej niż demiurgiem… Tnie ten świat niczym gilotyna, której formę niekiedy przybiera.
Uważam, że tajemnica świata wcale nie jest fajna. Czarne obeliski też nie są. Ich obecność uwiera. I ma uwierać.
Nie chodzi mi o dychotomiczny podział duch – materia. Czarne obeliski mają być obce naszemu ziemskiemu światu: I duchowi, I materii.

W twoich rysunkach jest niepokój, może lęk? Na jednej z wcześniejszych wystaw ktoś wpisał mi do księgi: „Nie strasz, nie strasz”. Nie robię tego by coś z siebie wyrzucić, wyegzorcyzmować. Powtórzę: to, co rysuję, stanowi przemyślaną koncepcję, która weszła w związek z intuicją. Nie ma tu bebechów, nie ma skowyty duszy. To nie ja. Przy całym zaangażowaniu bazą jakiejkolwiek twórczości jest dystans wobec rzeczywistości i dystans wobec swojego tworu. A niepokoje, lęki metafizyczne egzystencjonalne są cennym tworzywem, ale po uzyskaniu wobec nich dystansu.

Mówi się dużo o końcu sztuki, nietworzącej już niczego nowego, powielającej dawne wzorce. Co o tym myślisz? To sztuczny problem. Dopóki ludzkość nie zdegeneruje się, nie zejdzie poniżej poziomu tych, którzy malowali na ścianach jaskiń z Lascaux, sztuka będzie istnieć.
Nic nowego? Człowiek nie zmienił się od tysięcy lat, a jeśli sztuka jest formą ekspresji ludzkiej intuicji, to w niej od tysięcy lat również nie ma niczego nowego.
Ogranicza nas nasza własna wyobraźnia. Wciąż gryziemy własny ogon. Sztuka zawsze będzie kompilacją strzępków rzeczywistości. No i dobrze.
Nic nowego? To nie musi być nic nowego, trzeba tylko chcieć to zrobić. Istnieje w człowieku naturalna potrzeba uwolnienia ekspresji wewnętrznej, a sztuka jest jednym ze sposobów radzenia sobie z tym problemem. Koniec, kropka. Poza tym, jak już wspomniałam, sztuka jest niebagatelnym narzędziem poznania. Powiedziałabym – dość pierwotnym mechanizmem poznawczym.

A tworzenie za pomocą nowych technologii? Czy tu nie otwierają się jakieś nowe, niezbadane obszary? Rozwój techniki zabija wyobraźnię – nie ja to wymyśliłam! Jednocześnie uważam, że grafika komputerowa to wspaniała rzecz. Chciałabym ją opanować w zadowalającym stopniu. Z tym, że ona nigdy nie zastąpi tradycyjnych metod pracy. Może być tylko „zamiast”, nie „w zamian”. Daje coś, ale coś odbiera – chociażby całą sensualność procesu malowania, zapach farby, papieru, dotyk, smak. I rzecz bardzo ważna: magia bezpośredniego kontaktu z dziełem. Dziełem wykonanym bezpośrednio ręką artysty, które nawet reprodukcje odzierają z tajemnicy magicznego działania. A drukowana grafika jest z założenia pozbawiona tego może najważniejszego elementu oddziaływania.

Jakich tematów unikasz? Czego nie malujesz, nie rysujesz? I – dlaczego? Oprócz studiów na ASP mam też ukończoną architekturę, ale tzw. wytworów myśli architektonicznej nie maluję, nie szkicuję nawet. Nie lubię. Jest jeden rysunek z trzema katedrami. To wszystko. Dlaczego? Pewnie dlatego, że architekturę stworzył człowiek.
Za to ogromną frajdę sprawia mi siedzenie nos w nos z pejzażem i notowanie: olejem, akwarelą, piórkiem czy ołówkiem, pastelą. Produkuję tego całą masę – pejzażyki, rozdarte wierzby, łabędzie o obłędnej gracji i linii.. konie, krowy; jestem malarzem, więc otaczające mnie piękno czasem dech zapiera a i zdarzyło mi się płakać z zachwytu…

A sami ludzie? Portrety? To też zrobił człowiek (śmiech). Nie unikam niczego celowo. Nie mam programu, który zawierałby takie założenia: to i to rysuję, tego nie. To byłby absurd. Rysuję to, co chcę, być może – to, co muszę.
Odpowiedź na poprzednie pytanie można zresztą wziąć w lekki cudzysłów – rysuję przecież choćby instrumenty. Zdarza mi się też, naturalnie, narysować portret lub akt, choćby dla zwykłej psychicznej higieny. Przy tym jednak czuję się bardzo związana ze światem rozumianym jako uniwersum zwierząt, a także roślin czy kamieni. One są istotą, sednem, sensem.

Pytanie pierwsze, próba druga. Dlaczego rysujesz? (Długie zastanowienie) Miałam wiele zwierzaków – koty, ptaki, psy. Być może jest tak, że moje rysunki to epitafium dla moich zwierząt. Tych wszystkich, które umarły.

Źródło: Anna Gwiazda. Rysunek [1.04 – 3.05.2009, Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie] . Red. katalogu I. Makówka. Sopot: Państwowa Galeria Sztuki, 2009. ISBN 978-83-61270-03-4. s. 4-10.

WŁODZIMIERZ CEGŁOWSKI:

„Sny na jawie nieistnienia”

Stając przed rysunkami Anny Gwiazdy czuję się trochę jak Jaś Fasola wobec obrazu „Matka Whistlera” w filmie „Nadciąga totalny kataklizm”. Nie posiadłem bowiem warsztatu krytyka sztuki i dobrze mi z tym. Cóż, ignorancja stanowi dziś wystarczający powód, żeby zostać ekspertem, a poniższe uwagi są efektem wiary niektórych osób w obiektywizm „świeżego spojrzenia” nie skażonego rutyną. Czy pozostanie ono równie świeże po ryzykownej przygodzie, jaką jest wniknięcie w świat wyobraźni Anny, to inna sprawa.

Na pierwszy rzut oka świat ten wydaje się przytłaczający. Nie cieszy oka, lecz drażni, nie koi duszy, lecz jątrzy. Na mózg również nie wpływa najlepiej. Miłośnik landszaftu miejsca tu nie zagrzeje.

Wśród zgromadzonych prac da się wyróżnić kilka odrębnych wątków tematycznych i stylistyk, jednak większość posiada coś w rodzaju wspólnego mianownika. To duch chaosu stanowiący uniwersalne tło, z którego wyrastają dopiero liczne byty rozmaitych kategorii. Z pozoru nie ma nic prostszego od tworzenia chaosu. Wydawać się może, iż wystarczy przyzwolenie na to, by rzeczy zbałaganiły się same z siebie. Nic podobnego! Porządek dopada nas w najmniej spodziewanych okolicznościach. Nie wystarczy zdać się na przypadek, aby ustrzec się uporządkowania, bowiem struktury regularne potrafią również powstawać przypadkowo. Aby wygenerować na przykład ciąg liczb chaotycznych, konstruuje się specjalne programy. Nie są one jednak potrzebne Annie gdyż potrafi sama z siebie wykreować chaos, że palce lizać. Nie jest to może cecha specjalnie przydatna w warunkach miru domowego, ale w koncepcji estetycznej Gwiazdy bezcenna. Bowiem na kanwie tych chaotycznych przestrzeni rodzą się fascynujące obiekty, byty zarówno martwe, jak i żywe, czasem o żywotności połowicznej. Taka kreacja to biblijny standard, kiedy to duch unosi się nad wodami, gdzie panował „męt i zamęt”. Jednak efekty kreacji boskiej i Gwiazdowej są inne. Co prawda niektórzy twierdzą, że boska kreacja jest zdecydowanie przereklamowana, ale jest. Czego się nie da powiedzieć o tworach Anny, które cierpią na niedostatek istnienia. Niby są, ale nie całkiem. Trudno je nazwać bytem, chociaż niebytem niełatwo. Nie mają atrybutu istnienia w takim sensie, w jakim zwykliśmy go nadawać fenomenom rzeczywistości. Niedostatek istnienia zaś to jakaś permanentna obstrukcja bytu, niedobyt – mówiąc w krótkich żołnierskich słowach. Najwidoczniej artystka chce przedstawić „inną jawę niż jawa istnienia”. Podróżnik przemierzający te bogato zapełnione niedoróbkami istnienia przestrzenie ma prawo poczuć się jak Stalker z powieści braci Strugackich „Piknik na skraju drogi”, który w strefie nawiedzonej niegdyś przez kosmitów znajduje rozmaite rzeczy „nie z tej ziemi”, do niczego niepodobne i niczemu nie służące, co najwyżej czasem czyniące cuda.

Podłoża, na których lęgną się te niekiedy oniryczne płody wyobraźni, mają status quasi biologiczny. Przypominają sieci pajęczyn, farfoclowate strzępki pleśni, plechowate i wstęgowate twory gloniaste, jakieś mchy czy porosty, placki grzybni… Anna wyraziła kiedyś pogląd, że wszystkie grzyby wyrastają z jednej grzybni, która rozciąga się pod powierzchnią ziemi, niczym przenikający wszystko eter w dawnych teoriach fizycznych. Warto zauważyć, że gdyby rozwinąć strukturę naszego mózgu, otrzymalibyśmy rozległe połacie neuronowych sieci, w których lęgną się potwory, nie tylko, gdy rozum śpi. Zważywszy na to, że podstawą funkcjonowania naszej globalnej wioski staje się niewidzialna sieć informacji, boską kreację ex nihilo zastępuje kreacja ex retis. Po wielkim śnie ludzkości o boskim pochodzeniu i takimż przeznaczeniu człowieka, kiedy sieć symbolizowała łowienie dusz ku chwale, znaleźliśmy się w sieci cyfrowej, w zero-jedynkowej matni zastawionej przez Złego ku zgubie, przez Binariusa – który jako rajski wąż był ojcem Podziału. Obiekty architektoniczne (np. Wieże przypominające o dawnej fascynacji powieścią Goldinga) również wyrastają z niby biologicznego budulca, przypominają jakąś bizantyjsko-rokokową rafę koralową. Niekiedy wdziera się w to absurdalnie element industrialny, np. rury. Nie sposób w tym miejscu nie zacytować znanego skeczu: „Jasiu, powiedz dziecko: do czego jest dana rura? Dana rura jest do niczego, panie majster”. A może do Nietzschego? A może i Schopenhauera? Czas powiedzieć, że metoda twórcza Gwiazdy kojarzyć się może z młodopolską filozofią nicości, a dokładniej z jej „pośmiertnym triumfem”, jak nazwał Bolesława Leśmiana Artur Sandauer. Z kolei Stanisław Lem nazwał genialnego poetę „specjalistą od budownictwa nicościowego”. Oczywiście potoczny odbiór Leśmiana jest uładzony, a to za sprawą ilustratorów, którzy jak mogli tak „upoczciwiali” bestiariusz poety, no bo to wiadomo, że u nas Słowian nawet diabeł jest poczciwszy niż na przykład germański. A przecież nie sposób zapomnieć, że to Leśmian powiedział o sobie: „miłowałem zmory, czciłem próżnię”. Oczywiście twórczość Gwiazdy w żadnym razie nie jest inspirowana Leśmianowskimi śnitrupkami, znikomkami czy dusiołkiem, chodzi raczej o podobieństwo filozofii twórczości. Nie wątpię, że „jakość życia pozagrobowego ostatnimi czasy bardzo się pogorszyła” i właśnie próbuje nam to unaocznić.

Kto zna bliżej Annę Gwiazdę, ten wie o jej absolutnej miłości do kotów w szczególności i do całego królestwa zwierząt w ogólności. „Goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu” nie przepuści żadnej okazji, aby przygarnąć każdą żywiołę w opiekuńczy jasyr. Kocury z rodzaju Homo erectus nie mają u niej żadnych szans, jeśli nie pokochają swych braci mniejszych z gatunku Felis domestica. Jednak to upodobanie w żaden sposób nie przekłada się na twórczość Anny. Płodność w sensie biologicznym jest obca, a nawet wroga jej kreacjom. Owszem, świat przedstawiony tętni życiem, ale jest to życie pozaświatowe, wykreowane z przekonania, że sama materia w każdej swej zmarszczce czy szczelinie zawiera potencjał nagłego ograniczenia chaosu, czyli jakiegoś niby zaistnienia bytu. Ta permanentna „brzemienność” materii ma bogatą tradycję wywodzącą się od alchemików poprzez Novalisa i niemiecki romantyzm. Warto też pamiętać o doświadczeniach hodowli życia z form mineralnych, cóż że nieprawdziwych, skoro tak fascynująco opisanych przez Tomasza Manna w „Doktorze Faustusie”. Nowoczesna kosmologia bez żenady proponuje wersje Stworzenia Świata z przypadkowej zmarszczki na „Fałszywej próżni”. Japońscy autorzy, Terada i Watanabe (1934), badając… system pęknięć na betonowym chodniku, doszli do wniosku, że w rzeczywistości fizycznej „pęknięcia i fałdy są zjawiskiem, przy pomocy którego coś tworzy się z niczego”. Trzeba też pamiętać, że nawet obecny w licznych wierzeniach motyw ulepienia człowieka z gliny znajduje jakieś uzasadnienie w heksagonalnej strukturze tego materiału. Powiada się, że ze struktury pęknięć na wysuszonej powierzchni wydedukowano prastary system wróżebny, znany jako I-Ching, który wedle zwolenników zawiera wszystkie wersje wszystkiego, co się zdarzyło i może zdarzyć. (Leibniz wywiódł z heksagramów I-Chinga system dwójkowy, dzięki któremu znaleźliśmy się w komputerowej sieci!). Istnieją teorie (np. prof. Sedlak) traktujące strukturę glinianych pęknięć jako swoistą matrycę, dzięki której mogły powstawać pierścieniowe związki organiczne, „klocki” będące tworzywem chemii życia. Można rzec, że artystka naśladuje metody Demiurga. Chaos układa się w funkcjonalne, choć zawiłe struktury, mające potencjał ożywiania tego, co jeszcze przed chwilą niczego nie przypominało. Tylko czy taka kreatywność bezsensownych prawiebytów nie pachnie szyderstwem ze Stwórcy? „Nie dość ci, żeś potworzył mnie, szkapę i wołka, Jeszcześ musiał takiego zmajstrować dusiołka?” – pyta Boga Leśmianowski Bajdała. Dlaczego istnieje coś, skoro i tak triumfuje nic, które na dodatek – jak chciał Heidegger – nicestwieje (nicht nichtet). Widz tropiący „wzorzyste zagadki” wykwitające na niebycie, wcześniej czy później musi doznać uczucia zniechęcenia tą „sztuką dla sztuki”. Leśmianowskie credo:

„W szyciu nic nie ma, oprócz szycia,
Więc szyjmy, póki starczy sił!
W życiu nic nie ma, oprócz życia,
Więc żyjmy aż po kres mogiły!”

w ostatecznym rachunku nie wydaje się zadowalające, nawet jeśli zamiast szycia wstawimy malowanie. Ale przecież w tym świecie w ruinie, graniczącym często z czeluścią, „teleportami otchłani”, zdarzają się zdecydowane wtargnięcia transcendencji.

Karol Hinton, amator wielożeństwa, bardziej był znany ze swych fascynacji wielobokami. A ściślej – metodami wyobrażania sobie przy ich pomocy czwartego wymiaru przez badanie ich cieni, przekrojów, rozwinięć. Gdyby istoty płaskie chciały wyobrazić sobie sześcian, mogłyby to uczynić wyłącznie badając jego rozwinięcia na płaszczyźnie. Analogicznie my nie potrafimy wyobrazić sobie czterowymiarowego hipersześcianu, a jedynie jego rozłożenie w trójwymiarowej przestrzeni w formie zbioru sześcianów w kształcie krzyża zwanego teseraktem (Salvadore Dali użył go w swoim obrazie „Christus hipercubus”). Czwarty wymiar owładnął wyobraźnią ludzi początku XX wieku, a wielu historyków sztuki sądzi, że te zainteresowania wpłynęły na powstanie kubizmu i sztuki abstrakcyjnej. Pisano powieści o ludziach, którzy wpadli do czwartego wymiaru. Ich ogląd rzeczywistości był dość skomplikowany, ale nie musimy kłopotać się próbami jego opisu, bo możemy obserwować je na obrazach Anny w postaci wdzierających się z innego wymiaru geometrycznych obiektów. Wśród wielu kalekich, ułomnych, niekiedy spolaryzowanych po manichejsku, wyróżniają się takie, które bez żadnych wątpliwości mają charakter epifanii. W świecie zrujnowanym pojawia się emanujący swą zdecydowaną Jednią obelisk. Jest uniwersalny, ponadczasowy (vide „2001 Odyseja kosmiczna”). Zjawia się oczywiście na tyle, na ile może zaistnieć w naszym niepełnowymiarowym świecie. Jest protezą transcendencji dla świata kalekiego: sam pozbawiony szpiczastej strzelistości pozostaje jednak „duchem przenikającym” światła. Czasem pojawia się w jego otoczeniu symbolizująca doskonałość kula. Platońska Jednia, androgyniczna istota sprzed Upadku. Kamienny słup jako transmiter Mocy świetlistej przypomina grafitowy pręt w atomowym stosie. Przestrzeń rozświetla się, ale artystka nie uzyskuje tego efektu przez usunięcie czerni gumką, lecz przeciwnie, przez obudowanie pustej płaszczyzny odcieniami czerni. Pustka zaczyna emanować dzięki „ciemnej materii”, jak w doświadczeniu „ciemnego światła” u św. Jana. Dzieje się coś w rodzaju transmutacji przestrzeni, powstaje obszar komunii, który przywraca jedność i komunikację, a znosi rozbicie i semiotykę. Wielkie słowa. Ale w jakiej mierze dzieje się to rzeczywiście a na ile jest sztuczką warsztatową? Paweł Florenski rozróżnia trzy stopnie relacji twórcy z jego tworem: lik (idea, istota, esencja), lico (wygląd, zjawisko) i liczina (maska, przykrywka). Jeśli wygląd jest tak przesycony wyobrażeniem, że utożsamia się z jego esencją, mamy do czynienia z prawdą przedstawienia, a maska podkreśla tylko prawdziwość przekazu. Obraz transcendencji nie jest symbolem lecz samą transcendencją. W przeciwnym razie służy zamaskowaniu prawdy, jest przykrywką dla rzeczywistości. Proponuję patrzeć na niektóre ze zgromadzonych tu dzieł według tego klucza.

W ten sposób dotarłem do kresu mych dywagacji, a totalny kataklizm jednak nie nadciągnął. Myślę jednak o pewnych obrazach Anny, zwłaszcza z cyklu apokaliptycznego, które, powstawszy przed laty z niebytu, gdzieś w niebycie się zawieruszyły. I zastanawiam się, co z nimi. Dzięki Bułhakowowi wiemy, że rękopisy nie płoną. A obrazy? Być może spotkamy je po tamtej stronie, w jakiejś hiperprzestrzenni, tu kalekie ułomki niewyobrażalnych bytów, które przygodnie i chwilowo wdarły się w nasz świat dzięki pośrednictwu artystki, tam twarzą w twarz z ich porażającym pięknem.

Źródło: Anna Gwiazda. Rysunek [1.04 – 3.05.2009, Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie] . Red. katalogu I. Makówka. Sopot: Państwowa Galeria Sztuki, 2009. ISBN 978-83-61270-03-4. s. 22-28.

Dzieła