Artysta

Chodowiecki, Daniel

Według przedwojennej encyklopedii Gutenberga Daniel Chodowiecki urodził się w 1726 r. w Gdańsku i zmarł w 1801 w Berlinie, od 1754 r. zajął się jednak głównie rysunkiem i malarstwem, początkowo pod kierunkiem Bernarda Rode. Od 1758 r. zaczął również uprawiać grafikę, osiągając znaczną biegłość w posługiwaniu się techniką akwaforty. Początki jego kariery związane były z kalendarzem, do którego ilustracje zleciła mu berlińska Akademia Umiejętności. To zamówienie oraz cała seria następnych sprawiły, że wkrótce stał się grafikiem bardzo znanym i cenionym. W 1764 r. został mianowany członkiem, w 1790 r. dyrektorem Akademii Sztuk Pięknych w Berlinie.

Chodowiecki zyskał pełne uznanie współczesnych - czytamy w Encyklopedii - nie było niemal wówczas artystycznego wydawnictwa, do którego by nie był dostarczył przynajmniej jednej winiety. Wymienić zwłaszcza należy rozliczne kalendarze kieszonkowe, które bogato ilustrował sztychami. Liczba tych sztychów wynosi przeszło 2000. Dla żywości i humoru, z jakimi przedstawiał figury swego czasu, można uważać Chodowieckiego za twórcę specjalnego kierunku mieszczańskiego malarstwa rodzajowego. Posiada także wielkie znaczenie dla poznania obyczajów w Polsce XVIII wieku, której szereg osobistości i typów ze świata szlacheckiego oddał z właściwą sobie bystrością obserwacji.

Notę encyklopedyczną kończy lakoniczna uwaga: Akademia berlińska posiada 108 rysunków tuszem i piórkiem Chodowieckiego, przedstawiających jego podróż do Gdańska. Istnieje także kilka jego obrazów olejnych. Ostatnie tomy Encyklopedii Gutenberga ukazały się w 1939 r. Dalsze losy cyklu gdańskiego Chodowieckiego dopisała historia.

Gudrun Schmidt w tekście Powrót jedenasturysunków Chodowieckiego do Akademii, zamieszczony w katalogu wystawy Daniel-Chodowiecki-Preis 1994 (Akademie der Kunste, Berlin 1994, s. 17), pisze, że w czasie tej "Podróży artystycznej z Berlina do Gdańska" Chodowiecki prowadził drobiazgowy dziennik i równocześnie szkicował wiernie sytuacje i osoby tak, że zachowane rysunki można traktować jako równoległy zapis. Artysta sam skompletował album składający się ze 108 rysunków. Można rozróżnić dwa ich rodzaje: spontaniczne, oszczędne w konturach szkice, prędkie rysunkowe notatki piórkiem o małym formacie, gdy artysta utrwala osoby znane z imienia lub charakterystyczne z powodu wykonywanego zawodu, wymieniają się kompozycyjnie ze starannymi, obrazowymi przedstawieniami scen rodzajowych i pejzaży, wykonanymi piórkiem w tuszu, lawowanymi sepią lub wzbogaconymi innymi kolorami. Rysunki - w formacie poziomym - stale zachowują wymiary około 11 x 18 cm.

Seria tych rysunków należy bezsprzecznie do najważniejszych osiągnięć w dorobku artysty. Potwierdza Chodowieckiego talent trafnej obserwacji, zdolność uchwycenia i lakonicznego przedstawienia sytuacji. Dzięki pracom tego artysty ukazywanie drobiazgów codzienności na trwale znalazło się w tradycji niemieckiej, w zwłaszcza berlińskiej szkoły rysowania. (...)

Wprawdzie po śmierci artysty w roku 1801 "podróż z Berlina do Gdańska" miała zostać zlicytowana, jednak w końcu rysunki te pozostały w posiadaniu rodziny. Wroku 1865 synowa Daniela Chodowieckiego, Claire podarowała album Królewskiej Akademii Sztuk (...). Od czasu podarowania rysunki były dostępne w bibliotece Akademii. W czasie drugiej wojny światowej zabezpieczono je, następnie jednak zostały wywiezione do Związku Sowieckiego. Po ich powrocie w roku 1958 okazało się, że brakuje dwunastu najcenniejszych prac. Kiedy i wjaki sposób rysunki te zostały wyłączone z cyklu, nie da się już odtworzyć.

Jedenaście prac udało się odzyskać Akademii Sztuk w 1993 r. i fakt ten stał się jednym zeźródeł inspiracji dla Guntera Grassa, który uczynił Chodowieckiego patronem swojej fundacji, mającej wspierać artystyczne związki polsko-niemieckie. Dwunasty rysunek, oznaczony wcyklu numerem 60 i zatytułowany Chodowiecki z kupcem Grischowem w ulewnym deszczu jadący dryndą do Strzyzy, nadal znajduje się poza kolekcją. Podróż wciąż więc trwa.

Europejczyk Chodowiecki "Mowa wygłoszona podczas Synodu ewangelickiego w Dortmundzie z okazji podpisania w Bonn polsko-niemieckiej umowy sąsiedzkiej z dnia 17 czerwca 1991 roku. Miał czterdzieści sześcć lat, gdy jego matka poprosiła go po latach o spotkanie. Ponieważ ówczesny stan dróg nie zachęcał do odbywania podróży powozem, rysownik i miedziorytnik Daniel Chodowiecki kupił konia, wystarał się o paszport i 3 czerwca 1773 roku wyruszył konno z Berlina na wschód. Po dziewięciu dniach już z daleka ujrzał wieże Gdańska, swojego rodzinnego miasta.

Podróży tej oraz dłuższemu pobytowi w mieście zawdzięszamy skrupulatnie prowadzony dziennik i ponad sto ilustracji, które mówią o biednym życiu na pomorskiej i kaszubskiej wsi - pewna chłopka chciała podróżnemu podarować swoje najmłodsze dziecko - i otym, co działo się wtedy w domach mieszczan, w kościołach, na ulicach i placach targowych portowego miasta. Był to czas rokoko. Ale na ilustracjach nie dostrzeżemy niczego staroświeckiego. Nadzwyczajne stają się raczej z powodu ich uroczego realizmu.

Polski ze strony ojca, szwajcarsko-kalwiński za strony matki - Chodowiecki napisał swój dziennik po francusku. Późniejszy prezydent i reformatorKrólewskiej Pruskiej Akademii Sztuk, oddany sprawie oświecenia i nie odmierzający żadnymi nacjonalistycznymi miarami. W czasie pobytu w Gdańsku sportretował polskiego prymasa książęcego w jego porannym habicie, pana Humberta Grosa, kantora kościoła francusko-reformowanego, angielskiego kupca z elegancką laską, pana Conradi, burmistrza miasta Gdańska, gdańskie damy w strojach wyjściowych, starostę Ledóchowskiego całującego dłoń hrabiny Podoskiej, żarliwie modlących się Polaków i polskich flisaków, swój piękny dom rodzinny na ulicy Świętego Ducha, paru kaznodziejów, księży i mnichów - nie bacząc przy tym specjalnie na wyznanie. Tak różnorako właśnie, tak różnorako kulturowo i tak europejsko ukazało się miasto artyście - na krótko przedtem nim stało się pruskie i jednolite. Ileż strat zaznało od tamtej pory! W porównaniu z tamtym bogactwem nędznie dziś wyglądamy. Wprawdzie jeszce nigdy tak często i nigdy tak powszechnie nie wrowadzano do obiegu słowa EUROPA, lecz zewsząd słychać też odgłosy haniebnego nacjonalizmu; czasami - jak na terenach przygranicznych między Polską a Niemcami - nacjonalizm staje się rzeczywistością.

Nie dziwi zatem, że rysownik i miedziorytnik Daniel Chodowiecki, który - mając na względzie odległość w przestrzeni, nigdy się Polski nie wyrzekł - do dzisiaj w Polsce nie znalazł uznania. Szowinistyczne liczykrupy biorą mu wciąż za złe, że w ostatnich latach swojego życia, jako dyrektor Akademii, był pruskim urzędnikiem państwowym. WGdańsku nie ma ulicy czy placu nazwanego jego imieniem. Na odreustaurowanym, ładnym domu przy ulicy Świętego Ducha nie mażadnej tablicy pamiątkowej.

Tytuł mojej krótkiej mowy nie bez powodu zaczerpnąłem z artykułu "Chodowiecki na przykład", okazywane bowiem artyście, bazujące na ignorancji niezrozumienie widać i w innych sferach: jego najnowszy przejaw to wprowadzenie na rynek katalogu niemiecko-polskich i polsko-niemieckich uprzedzeń. Na pewno znajdzie odbiorców - przecież z "niemieckim porządkiem" i "polską gospodarką" lżej żyć.

Ale czy obydwa narody mogą sobie pozwolić na dalsze wygłaszanie tego rodzaju głupot? Od czasu, gdy marka niemiecka "stacjonuje" nad Odrą - wprawdzie nie z bronią w ręku, ale z wypróbowaną siłą - Polacy i Niemcy wezwani zostali - moim zdaniem, mając ostatnią szansę - do wykazania swoich umiejętności do życia w sąsiedztwie, nie tylko na podstawie pięknie sformułowanych umów, lecz także obcując ze sobą na co dzień. Czy to ma szansę się powieść? Czy to się powiedzie?

Początki nie były obiecujące. Jeszce przed dwoma laty minister finansów Niemiec, Waigel, przybył na spotkanie Ślązaków, które odbywało się pod hasłem "Śląsk zawsze niemiecki"; przemówienie tam

wygłoszone wspominane jest do dzisiaj. Niezapomniane, bo wciąż zawstydzające pozostały wykręty i niezręczności kanclerza federalnego, które, gdy przyszło do ostatecznego uznania granicy na Odrze i Nysie, przybliżyły nam osobę męża stanu, Kohla. Przywitanie Polaków podrużujących do powiększonych terytorialnie Niemiec - od maja tego roku po raz pierwszy bez wiz - również nie było zachęcające: na granicy nie witał ich żaden znaczący polityk, żaden biskup tego czy innego wyznania - powitanie pozostawiono prawicowym ekstremistom.

Takie postępowanie jest odzwierciedleniem obecnego stanu Niemiec, Niemiec po przeprowadzeniu wyłącznie prawnego zjednoczenia. Zbliża się pierwsza rocznica wprowadzenia unii walutowej.

Już teraz można jednak powiedzieć, że skutkiem tego bezsensownego, pochopnego, powiedziałbym nawet, że bezmyślnego lub kierowanego wyłącznie taktyką wyborów aktu, teraz poupadku muru i usunięciu drutu kolczastego, jest powtórny podział kraju. Dokonała się społeczna deklasacja, nie mająca sobie równej w przeszłości. Narzucanie woli jest teraz narzucaniem woli, zmienił się tylko żargon - Wessi i Ossi, Niemcy pierwszej i drugiej kategorii, stoją na przeciwko siebie, bardziej sobie obcy niż kiedykolwiek. Usankcjonowany wyborczym oszustwem, drugi podział Niemiec dokonuje się według rzekomych pryncypiów gospodarki rynkowej.

Ludziom - igrając z nimi podle - chór faryzeuszy odmawia prawa do życia przżytego, nie bez wad. Z jednej zależności wpadają w drugą. Przyszłość wydaje się istnieć tylko dla zawsze gorliwego, łatwo przystosowującego się cwaniaka, dla chorągiewki. Na autostradach tylko ta wolność sprawdzi się w praktyce, która ogranicza się do wyrachowanego hasła "wolna droga dla wolnych obywateli".

Jak kraj długi i szeroki nie widać żadnego polityka, który byłby skłonny czy gotowy myśleć i działać dalekosiężniej niż rachowanie w markach i fenigach.

Filistersko prowadzony spór o przyszłą siedzibę rządu ilustruje, jak jałowe jest wyłącznie politycznie dokonane zjednoczenie. Aktualne samopoczucie Niemców determinowane jest więc polityczną, drętwą niemocą: nawet nowej konstytucji, czego wymagał artykuł końcowy ustawy zasadniczej, nie możemy doprowadzić do skutku.

I taki oto obraz oferujemy polskim sąsiadom. Ci którzy bardzo często gotowi są przypisywać Niemcom dzielność, talent organizacyjny, pilność aż do samorezygnacji oraz punktualność przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, doznając przy tym uczuć od grozy do podziwu, ze zdziwieniem dostrzegają, że za granicą zwyżkuje jedynie - abstrahując od przyrostu zachodnio- niemieckich sieci handlowych, banków, koncernów ubezpieczeniowych i energetycznych - rozkład myśli. Gdzie wobec tego widać jeszcze legendarną niemiecką przedsiębiorczość? Naciągany rachunek Waigela i fuszerka Kohla pod słowa wydmuchiwane jak bańki to niekoniecznie wspaniałe świadectwa przywoływanych nierzadko niemieckich, drugorzędnych cnót. Nie takie mieli Polacy pojęcie o trwożliwie podziwianym gigancie: taki nędzny i taki jednocześnie przesycony.

Zapewne rodzi się w Polsce pytanie: jeśli Niemcy tak zachowują się usiebie, to jak, po rozprawieniu się ze sobą, wyglądać będą sąsiedzkie kontakty z nami? Pocieszające: Niemcy zajęci są jeszcze sobą. Jeszcze nie mają wolnej ręki, by sięgnąć przez granicę. Jeszcze stoją sobie na drodze.

Można by powiedzieć: ależ on przesadza. Przesadzałem już przed rokiem i jednym dniem i zobaczyłem, że niemiecko-niemiecka rzeczywistość przerosła moje najgorsze przepowiednie. Uznany przez wielu za "pesymistę narodu", rzemiosła upiększania nie bardzo potrafiłem się nauczyć. Ponieważ brak ten wyrównany zostanie aż do przesytu rynku - upiększaczy przeciż nie brakuje - ja dalej będę przesadzał.

My, Niemcy, osobliwie wyglądamy zza granicy! Gdy wczesnym latem zeszłego roku odwiedzałem Polskę i Czechosłowację, moi polscy i czescy przyjaciele mówili, jaką uprzywilejowaną pozycję mają Niemcy z NRD i w jakich to dobrych rękach się znajdują. Mówiono: oni to mają chociaż dużego brata, który jest nie tylko duży, ale do tego bogaty. On poda im rękę. My - Polacy, Czesi - sami musimy wyciągnąć się z tego bagna.

Zapytam przy okazji moich przyjaciół, czy w dalszym ciągu, po uwzględnieniu wydarzeń zachodzących na gruncie wielkobratnich stosunków, odczuwają brak takiego bogatego krewnego.

Bolesne jest - ichyba takie pozostanie - doświadczenie, którego Polska doznała z powodu początkowo chełpliwych, potem wyciszonych już obietnic ze strony państw zachodnioeuropejskich. Rzeczywiście parę długów zredukowano. No i w Strasburgu można niewiążąco pogadać.

Ogólny wniosek jest jednak taki, że Europa Zachodnia albo nie uznała powiększonego kontynentu za wyzwanie, albo wyzwanie to zignorowała. Tak jakby z upadkiem żelaznej kurtyny nic się przełomowego nie stało - wciąż chodzi tylko o ilości zboża i mleka, francusko-angielskie wchodzenie sobie w paradę, niemieckie życzenia specjalne i o dozbrojenie NATO przeciwko nowemu wrogowi, od wojny w zatoce sytuowanemu na Południu.

Wprawdzie na początku albo na końcu każdej uroczystości mówca zaklina się, że Europa jest całością, ale wciąż dominuje zachodnioeuropejska myśl i takież działanie. Wprawdzie żelazna kurtyna już nie istnieje, ale wciąż daje sporo cienia. Wprawdzie wszyscy jesteśmy Europejczykami, ale na razie i co najwyżej na lekcji geografii.

To naturalne, że Francuzom trudno jest zaakceptować, iż środek Europy przesunął się z Paryża do Pragi.

Sporo zaistniao faktów, które objaśniają nam pensjonarską mentalność Bonn, zgodnie z którą Berlin jest za daleko, a Warszawa tam, gdzie wyobraźni nie starcza. Jak pojąć, że miasta Kraków, Drezno, Praga Bratysława, Budapeszt i Wiedeń zakreślają granicę pewnego kultularnego regionu, utraconego lub zapomnianego, lecz który znów chciałby tętnić życiem. To samo dotyczy kultularnego regionu Morza Bałtyckiego, Morza Śródziemnego Północy, leżącego z punktu widzenia Hiszpanii, Francji czy Włoch dalej niż Afryka. A Polska? No tak. Stamtąd pochodzi obecny papież.

Innymi słowy: niemieckiej bezradności wobec wymogów narodowej jedności odpowiada zachodnioeuropejska bezradność wobec wschodnio- i środkowoeuropejskich problemów. I tak jak niemieckiej jedności brakuje głębszej myśli o kulturze, tak i europejska jedność postrzegana jest w aspekcie wyłącznie ekonomicznym, nie uwzględniającym kultury. Oczywiście organizowane są hojnie dotowane wystawy, kongresy, dwanaście w jednym tygodniu, istnieją pisane jednym tchem rezolucje i nic nie kosztujące zapewnienia, postawieni jednak przed nowo powstałymi problemami politycznymi, które z reguły są także problemami kulturalno-politycznymi, wyćwiczoną paplaniną nie potrafimy przykryć zachodnioeuropejskiej niemoty.

Gdzie jest odpowiedź Europy na powrót i niebezpieczny rozpad Jugosławii na nacjonalistyczną, niezdolną do przeżycia

  państwowość? Europa Zachodnia bezczynnie przygląda się procesowi erozji w Związku Radzieckim; w najlepszym przypadku rozważa się, czy podczas następnego szczytu ekonomicznego w Londynie znajdzie się wolne miejsce przy stole dla Gorbaczowa. I jak ma być mniej w Polsce, jeśli wkrótce szczątki Fryderyka II specjalnym pociągiem przewiezione zostaną ze szwabskiego zamku rodowego Hohenzollernów do Poczdamu, gdzie w obecności naszego kanclerza federalnego pochowane zostaną na tarasie pałacu Sanssouci? Czyżby głupota umówiła się z brakiem instynktu? Czy tak właśnie wyglądać ma realizacja niemiecko-polskiego układu o stosunkach między sąsiadami?

No tak, my Niemcy i nasze zjednoczenie! Stały temat i jego koszmarne wariacje! Nawet kolei federalnych i państwowych (koleje RFN i NRD - przyp. tłum.) nie udaje się nam pogodzić; pociąg specjalny jednak, z ładunkiem królewskich kości i dostojników toczyć się będzie z Zachodu na Wschód - a dlaczego nie z Rudolfem Augsteinem jako maszynistą lokomotywy?

Czyżby pilność taki śmiech wzbudzała, że wydajemy się przy tym nieszkodliwi? Zobaczcie sąsiedzi, jak pokojowo jesteśmy usposobieni! Obawiam się, że ta nowoniemiecka śmieszność może okazać się niebezpieczna, ponieważ w swoim kołtuństwie jest bezmierna, ponieważ wewnętrzną pustkę wypełnia wystawnością, ponieważ dla niej najmniejszy nawet artystyczny bąk musi być wart dużego formatu i ponieważ - gdyby nasi sąsiedzi naprawdę zaczęli się śmiać, śmiać z nas - mogłaby się przeistoczyć w coś śmiertelnie poważnego.

Ja wiem, że we Francji prezydenci wznoszą sobie pomniki już za życia. Wiem także, że Polacy wykazują skłonności do ciągłego dokładania świętości i męczenników do przepełnionego już rezerwuaru, przeczesując przy tym nieustannie swoją naprawdę bolesną historię. Nie mają Polacy i Niemcy żadnych innych zadań niż wzajemne udowadnianie sobie - rekwizytami z historii - niezgodności?

I to jest właściwy problem sąsiedztwa, które wyprópować należałoby od nowa. Granica na Odrze i Nysie została wprawdzie ostatecznie uznana, ale ten polityczny akt nie usunął żadnych nieporozumień, na które po obu stronach granicy wciąż jeszcze jest koniunktura.

Tak jakby cały czas można było wyrównywać i rozliczać germańską okupację za słowiańską - niemieckie i polski złe rozumienie układów z Jałty i Poczdamu opierało się i opiera na utracie "prowincji praniemieckich i odzyskaniu "prowincji prapolskich".

Dlatego stawiam tezę: jeśli między Niemcami i Polakami dojść ma do dobrosąsiedztwa, to należy poprzestać głoszenia nacjonalistycznych "strat" i "zysków". Chcąc wykazać bezsensowność takich roszczeń, przedstawię tu zmienny przebieg historii mojego miasta rodzinnego, Gdańska. Gdy przed

  oczami przesuwają mi się pomorscy książęta, niemieckie zakony krzyżackie, polscy królowie i antykrólowie, pruska zwierzchność, namiestnik Napoleona - Rapp, ponownie Prusacy, następnie komisarz Ligii Narodów okresu republiki i w końcu pięcioipółletni "powrotu do Rzeszy" zakończony przymusowym wysiedleniem niemieckiej ludności i przybyciem Polaków, którzy w większości wysiedleni zostali przymusowo z Litwy - gdy więc uzmysławiałem sobie te wszystkie zmiany u steru władzy i wymiar, w jakim flamandzcy budowniczowie, osiedleńcy z Holandii i Szkocji, menonici i hugenoci, angielscy kupcy oraz zamieszkali na stałe i przybyli Żydzi odcisnęli swoje piętno na kulturze miasta, to wszystkie te nacjonalistyczne roszczenia stają się bezprzedmiotowe.

Podobnie mówić można o Pomorzu i Śląsku. Nie zaginęło nic praniemieckiego, nie odzyskano niczego odwiecznie polskiego. Niemcy, którzy rozpoczęli i przegrali potworną wojnę, musieli opuścić pewne prowincje; tak jak Polacy, którzy na skutek strasznego paktu niemiecko-sowieckiego z 1939 roku opuścić musieli wschodnie prowincje z mieszkającymi tam mniejszościami ukraińskimi, białoruskimi i litewskimi, które mają tak samo niewiele prapolskiego jak wschodnie prowincje Niemieckiej Rzeszy.

Jeśli zaistnieć mają dobrosąsiedzkie stosunki między Niemcami i Polakami, to należy wyzbyć się tych i innych roszczeń. To samo zresztą dotyczy innych sąsiadujących ze sobą państw. Chyba, że ktoś chce rozpętać spór o północno-wschodnie tereny byłych Prus Wschodnich, które w roku 1945, wraz z Królewcem, przysądzone zostały Związkowi Radzieckiemu, a teraz, z powodu Litewskich dążeń do samodzielności stały się przestarzałą osobliwością - a więc tym razem spór pomiędzy Polską a Litwą, do którego swoje trzy grosze dorzuciliby Niemcy, bo przecież mają pieniądze.

Moje ostrzeżenie: nacjonalizm, przebudzony ze snu w Europie Wschodniej i Środkowej, zmieszany - a jakże - z antysemityzmem, taki obłęd może wywołać. Krzywda opierała się o krzywdę. Skutkiem wypędzenia było wypędzenie. Zabójstwo odwzajemniane było zabójstwem. I wciąż jeszcze końca nie widać.

Ale może na początek dobrym przykładem, dla Polaków i Niemców, mógłby stać się Daniel Chodowiecki. Ten rysownik i miedziorytnik był Polakiem i jednocześnie Prusakiem. Na jego szkicach zobaczyć można luterańskiego pastora stojącego obok polskiego flisaka. Wyznania reformowanego, był chodowiecki zwolennikiem europejskiego oświecenia. Niemcy i Polacy ochoczo zapewniają, że są Europejczykami. Chodowiecki nim był."

tłum. Ewa Pankiewicz